Omówienie książki Włodzimierza Boleckiego: Ptasznik z Wilna. Wyd. II, Arcana, Kraków 2007
Jacek Trznadel
MACKIEWICZ NIEZBYT PRAWDZIWY
W drugim wydaniu książki Włodzimierza Boleckiego o Józefie Mackiewiczu („Ptasznik z Wilna”, Kraków 2007, Arcana, s. 919), uderza naruszenie proporcji. I to począwszy od tytułu: „Ptasznik z Wilna”. Czy zainteresowanie młodego Mackiewicza naturą, ornitologią, ptakami, było najważniejszym wyróżnikiem całości jego pisarstwa? Trochę to tak jakby Jana Kochanowskiego określić jako „znawcę lip z Czarnolasu”, a Jarosława Iwaszkiewicza jako „psiarza ze Stawiska” ze względu na jego zamiłowanie do psów, zalegających kanapy i podłogę w jego domu. Autorowi wolno szukać oryginalności, ale lepiej nie rzutować fragmentu na całość (czytelnik!). Inną dysproporcją zdaje się objętość (919 stron), podwójna w stosunku do I wydania, bez uzasadnienia tego nową problematyką, bo Bolecki nieraz jedynie rozszerza egzemplifikacje i wypisy (w tym obszerne przytoczenia z twórczości pisarza). Choć dodaje także nieznane załączniki do „sporu o Mackiewicza”, sięgając do korespondencji ze zbioru mackiewiczianów w Rapperswilu i korespondencji Jerzego Giedroycia z archiwum paryskiej „Kultury”.
Książka ta stara się obszernie ukazać postawę i poglądy Mackiewicza wobec historii i polityki – podzielone na kilka okresów. – Jednak okres po śmierci pisarza, Bolecki pozostawia pusty, a przecież w ostatnich dwudziestu latach trwała bardzo żywa dyskusja literacka, na temat odbioru i wydawania książek Mackiewicza. Dotyczyła ona także praktyki wydawniczej Niny Karsov-Szechter, będącej w posiadaniu praw autorskich do Józefa Mackiewicza. Według książki Boleckiego takiej dyskusji po prostu nie było.
Czyżby ta dyskusja była bezprzedmiotowa, a zarzuty wysuwane przeciw Ninie Karsov – niczego istotnego nie dotyczyły? Choć przeciw Karsov stanęli także polemiści dużego kalibru i to ze względu – zarówno – na osobistą znajomość pisarza, i własne dokonania pisarskie: jak Kazimierz Orłoś, Włodzimierz Odojewski. Córka pisarza, Halina Mackiewicz, wytoczyła – wciąż nie zamknięty – proces Ninie Karsov o prawa autorskie do twórczości swego ojca. Relacje z procesu ukazywały się w prasie i w deklaracjach świadków procesu. Rezygnując z ukazania tej dyskusji, Bolecki wzoruje się tutaj na postawie samej Niny Karsov-Szechter, milczącej przez kilkanaście lat tego sporu. Jedyną aktywnością właścicielki wydawnictwa „Kontra” były zakazy wydawania książek Mackiewicza, gdy jakiś wydawca chciał podjąć taką inicjatywę. Ale także bardzo liczne procesy wytaczane przez Karsov za najmniejsze przedruki z twórczości Mackiewicza. Spróbujmy rzecz rozwinąć, aby ukazać, jak ważną sprawę świadomie pomija Bolecki w swojej książce.
Całe to milczenie Karsov, urozmaicane licznymi procesami, poprzedziła wstępna „proklamacja”, którą ogłosiła wkrótce po sądowym potwierdzeniu swoich praw autorskich do Mackiewicza. Był to tekst umieszczany w formie nalepek na każdym wydanym egzemplarzu książek Mackiewicza:
Decyduję się na sprzedawanie w Polsce, publikowanych przez londyńskie wydawnictwo KONTRA dzieł Józefa Mackiewicza, WBREW WOLI zmarłego pisarza i wbrew własnym przekonaniom. Józef Mackiewicz wierzył, że nigdy nie zrobię niczego, co byłoby niezgodne z Jego wolą, dlatego zostałam jedyną spadkobierczynią praw autorskich. Dziś podejmuję taką decyzję, bo nie mam innych możliwości chronienia tych praw, a zachowanie ich uważam za swój najważniejszy obowiązek. Londyn, kwiecień 1993.
Wobec protestu zgłoszonego w paryskiej „Kulturze” 1993, nr 7/8 – przez Ninę Kozłowską i Kazimierza Orłosia – w tym samym numerze Nina Karsov powtórzyła swoją „proklamację” (list datowany z 1 czerwca 1993):
[...] przywilej zaufania, którym zostałam obdarzona, nakłada na mnie obowiązek podejmowania decyzji. Decydować mogę tylko na podstawie własnej oceny sytuacji, własnego rozumienia myśli i woli Mackiewicza, wyrażonych w Jego dziele. [...] Decyzję sprzedawania w Polsce publikowanych przez londyńskie wydawnictwo KONTRA książek Józefa Mackiewicza powzięłam zatem, w moim przekonaniu, wbrew woli Pisarza. Powzięłam ją zaś dlatego, że nie miałam już innych możliwości chronienia praw autorskich. (cytat za „Kulturą”, Paryż, 1993, nr 7-8)
Po tym, jak stała się „właścicielką Mackiewicza”, Nina Karsov-Szechter opublikowała i rozpowszechniła w wielu tysiącach egzemplarzy oświadczenie, którego sens można by sprowadzić do przekonania, że Józef Mackiewicz za najważniejsze uważał nie dotarcie do polskiego czytelnika, ale samo posiadanie praw autorskich przez Ninę Karsov. To zaskakujące i niebywałe, a jeśli się trochę zastanowić – nikczemne stwierdzenie, Nina Karsov-Szechter umieszcza przez lat kilkanaście na każdej wydanej przez siebie książce Mackiewicza (na pierwszej stronie, w formie naklejki lub nadruku).
Czyżby tak ważna opinia o pisarzu, rozpowszechniana w dziesiątkach tysięcy „załączników” w jego książkach mogła nie interesować monografisty tego pisarza? Rezygnacja z opisania tego faktu oznacza sprzeniewierzenie się naukowemu zapisowi, a próba ukrycia w ten sposób zachowania Karsov – stanowi po prostu manipulację.
Relacjonowałem te sprawy („Prawa autorskie do Józefa Mackiewicza ” , „ Nasz Czas”, Wilno 2006, Nr 17 (12 października – 8 listopada), s. 30-33 (wydanie postdatowane). Było to już po wydaniu bardzo wielu książek Mackiewicza w Polsce jako druków podziemnych, ale oświadczenie Karsov zostało złożone w chwili, gdy w wolnej od komunizmu Polsce przestała istnieć jakakolwiek cenzura. Nikt jakoś zresztą nie dostrzegł, że oświadczenie Karsov to także ocena wstecz –wydawania książek Mackiewicza w podziemiu, jako naruszającego wolę pisarza. Karsov pisze, że Mackiewicz był przeciw wydawaniu swoich książek „w Polsce” – po prostu w Polsce. Ale na żadną w ten lub inny sposób wyrażoną wolę Mackiewicza – Karsov się nie powoływała. I nie mogła tego zrobić, bo niczego takiego Mackiewicz nigdy nie deklarował.
W literaturze europejskiej to rządy nazistowskie lub komunistyczne eliminowały z krajów pisarzy, pragnących dotrzeć do czytelnika. Tu usiłuje się to zrobić powołując się na rzekomą wolę autora. Ale chodzi o to samo. Nina Karsov realizuje w ten sposób ukrytą głęboko w bebechach historii – wolę postsowieckiego ładu czy razwiedki. Dodajmy, że nawet niektóre książki o Mackiewiczu drukowane przez wydawnictwo Karsov, „Kontrę”, w ogóle nie mają w Polsce debitu (np. W. Lewandowski: „Józef Mackiewicz”. Londyn 2000, Kontra). Bolecki ustosunkowuje się w książce milczkiem do tego sporu, jak prawdziwy prestidigitator, zręcznie udając, że wszystko jest w porządku.
Bolecki stara się wystawiać jak najlepszą opinię Karsov w sporze o jej postawę jako wydawcy i realizatora praw autorskich do Mackiewicza. A zupełnie świadomą prowokacją jest zdanie Boleckiego:
nie byłoby książek Mackiewicza w świadomości emigracji i nie dotarłyby do kraju, gdyby nie [...] Karsov (s. 278).
A przecież przed powstaniem wydawnictwa Niny Karsov książki Mackiewicza istniały jak najbardziej na emigracji, były także tłumaczone. A w kraju bez udziału Karsov mnożyły się wydania Mackiewicza w latach osiemdziesiątych w drugim obiegu, i wielu wydawców wydawałoby je po 1989 roku gdyby nie – gwałtowny sprzeciw Karsov. Ja sam przygotowałem już do druku „Drogę donikąd ” dla wydawnictwa Editions Spotkania, jako pierwszy tom całej serii. Potem nastąpiła groźba procesu sądowego i wycofanie się wydawcy.
Osobny jakby problem stanowi wydany przeze mnie w roku 1997 tom, zbierający wszystko, co Mackiewicz napisał o Katyniu („Katyń. Zbrodnia bez sądu i kary”). Zdawałoby się, że tom ten (w zbiorach Biblioteki Narodowej pod legalnym numerem ISBN) – zostanie potraktowany przez Boleckiego jako ważna książka Mackiewicza, którą należy omówić. Nic podobnego. Bolecki zachowuje się tak, jakby ta książka nie istniała (gdyż nie została wydana ze zgodą Niny Karsov?). Ogranicza się prawie do notki bibliograficznej. Donosi, że książka ta została: „wyrokiem sądowym wycofana ze sprzedaży” (s. 274). Nie było jednak żadnego sądowego wyroku, lecz tylko postanowienie sądu o okresowym zatrzymanie nakładu. Bolecki nie zastanawia się nad ewidentną szkodą dla twórczości Mackiewicza, że unikalne, pierwsze wydanie polskiej wersji książki Mackiewicza o Katyniu już jedenasty rok nie jest rozpowszechniane. Karsov nigdy nie zaproponowała reedycji tej ksiązki w „Kontrze”. Sama też książki o Katyniu nie wydała.
Właściwie podobnie ma się rzecz z tłumaczeniami Mackiewicza na języki obce. Były one dość częste za życia pisarza. Po śmierci pisarza i przejęciu jego praw autorskich przez Karsov nie ukazało się ani jedno tłumaczenie ważnej książki Mackiewicza. W Moskwie leży od dziesięciu lat rosyjski przekład „Kontry” Mackiewicza, na druk której Nina Karsov nie wydaje zezwolenia. Czyżby dbała o względy prezydenta Putina? Podobnie nie otrzymało zgody na przekład wydawnictwo litewskie. A oto jak skończyła się chęć umieszczenia na Litwie, w internecie, dwu książek Mackiewicza. Oto list Karsov słany mailem z Londynu do Wilna, do Ryszarda Maciejkiańca:
dowiedziałam się, że zamierza Pan opublikować w swojej witrynie internetowej www.nasz-czas.lt dwie książki Józefa Mackiewicza: „Drogę donikąd” i „Zwycięstwo prowokacji”.
Jako właścicielka praw autorskich, oświadczam, że nie zezwalam Panu na publikowanie dzieł Józefa Mackiewicza w żadnej formie. (15 marca 2006)
Na 900 stronach drugiego wydania książki Boleckiego o Mackiewiczu i przeszło dziesięciu latach od wydania pierwszego – spodziewalibyśmy się jakiegoś kanonicznego i bezbłędnego podania w książce faktów z życia pisarza. Jednak na podanych tu faktach nie sposób się oprzeć. Nie dotyczy to tylko dat życia rodziny pisarza. Czy Barbara Toporska była ślubną żoną Józefa Mackiewicza, nie jest zbyt ważne dla oceny jego twórczości. Niemniej, fakty biograficzne się liczą. Bolecki stale przedstawia Barbarę Toporską jako ślubną żonę Józefa Mackiewicza. Jednak pierwsza żona Mackiewicza, Antonina Kopańska nigdy nie rozwiodła się ze swoim mężem. Bolecki utrzymuje, że Mackiewicz, przed drugą wojną, zawarł z Barbarą Toporską ślub w cerkwi w Wilnie. Skądinąd wiadomo o różnych osobach, które – z powodu trudności z uzyskaniem rozwodu kościelnego – zmieniały wyznanie. Taki ślub byłby jednak niewątpliwie głośne w Wilnie. Ślub Mackiewicza z Toporską nie został potwierdzony w badaniach archiwalnych w Wilnie, a w zbiorach z Rapperswilu też nie ma takiego dokumentu. Bolecki stale pisze: „Barbara Mackiewiczowa”, ale czysto formalnie nie jest to prawdą. Raczej nie można też brać dosłownie oświadczenia Mackiewicza o przejściu na prawosławie (s. 74). Była to czysto ideowa deklaracja (wypowiadana tuż po wojnie), dla podkreślenia protestu przeciw polityce sanacyjnej wobec cerkwi unickiej i prawosławnej. Jak wiadomo, pogrzeb Józefa Mackiewicza w Londynie, odbył się w ceremoniale katolickim. Dopiero po nim panichida.
Same fakty biografii Mackiewicza pisane są wyrywkowo, nawet gdy były naprawdę ważne. I tak w relacji z pobytu Mackiewicza w okupacyjnej Warszawie brak wzmianki o ważnych poglądowo spotkaniach i wymianie dokumentów z płk. Wacławem Lipińskim. Szło tu przecież także o pewien aspekt myślenia geopolitycznego o Polsce w czasie okupacji. Wszystko to potem zostało zniszczone przez komunistów. Spotykał się z nim również w Krakowie, a na emigracji, po jego zabiciu w więzieniu UB, napisał nekrolog. Jeśli jesteśmy przy Krakowie, to został przez Boleckiego przeoczony niezmiernie charakterystyczny fakt związany z wybuchem warszawskiego powstania. Jak wspomina Adam Ronikier w swoich Pamiętnikach 1939-1945 (2001) – po wybuchu Powstania Józef Mackiewicz uczestniczył w szczególnej akcji. Udał się mianowicie z hr. Adamem Ronikierem, Jerzym Rogowiczem, Aleksandrem Bocheńskim do Księcia Metropolity Adama Sapiehy z prośbą, by podjął starania u podziemnych władz polskich i władz niemieckich o zawieszenie broni. Po odmowie Metropolity Sapiehy Ronikier został wezwany przez wysokiego funkcjonariusza Gestapo, Oberführera Bierkampa, i 11 sierpnia rozmawiał z nim w obecności jego zwierzchnika, Obersturbannführera Hansa Schindhelma, W spotkaniu uczestniczyli także Jerzy Rogowicz, Kazimierz Okulicz i Józef Mackiewicz. Było to już po ogromnej łapance, którą Niemcy zrobili w Krakowie po wybuchu Powstania, w pierwszą niedzielę sierpnia, zapewne dla zastraszenia ludności. Tę łapankę przeżyłem na własnej skórze. Po spotkaniu, które nie przyniosło żadnych rezultatów, jego polscy uczestnicy spotkali się znów z Księciem Metropolitą Sapiehą. Przedtem zredagowali „apel do władz wojskowych” (zapewne obu stron), ale Metropolita nie zechciał go podpisać. Ronikier sam więc podpisał ów apel i wręczył go Obersturmbannführerowi Schindhelmowi. Ten epizod uzupełnia w sposób niesłychanie ważny współpracę Mackiewicza z hr. Ronikierem. Mówi o jego patriotyzmie i zaangażowaniu. Przecież oni wszyscy pchali się w paszczę lwa! Przed ogłoszeniem pamiętnika Ronikiera wiadomo było tylko, że Mackiewicz wydał w Krakowie z pomocą Ronikiera, jako nielegalny druk, broszurę Optymizm nie zastąpi nam Polski. Poszukiwany i wydany ostatnio przez „Kontrę” tekst jest prawdopodobnie autentyczny.
Bolecki, starając się uwolnić Mackiewicza od zarzutu „kolaboracji” z powodu druku jego publicystyki i fragmentów prozy, w 1941 roku, na łamach koncesjonowanego przez Niemców wileńskiego „Gońca Codziennego”, przeprowadza gigantyczne śledztwo z drobiazgowymi rozróżnieniami, polemizując z przeciwnikami Mackiewicza z czasów okupacji i czasów powojennych. Te wywody, przynoszące wiele nieznanych szerzej szczegółów, były podstawowym i cennym elementem w pierwszym także wydaniu książki. Obecnie Bolecki rozszerza podobne wywody broniąc Mackiewicza przed oskarżeniami środowiska AK. Jednocześnie jednak wnioskuje:
„Spieranie się o treść artykułów Mackiewicza z czasów okupacji jest zajęciem jałowym. Nie o treść chodzi, lecz o miejsce publikacji. [...] w prasie okupanta pisać nie należało. Żadnego okupanta. Poza dyskusją.” (s. 202) I jeszcze: „nie bronię decyzji publikacji w organie hitlerowskim” (s. 448).
Jak to więc? Broni Mackiewicza czy go potępia? Broniąc, Bolecki jednocześnie przyjmuje za dobrą monetę formalne zakazy władz podziemnych. Więc jednak potępia? –
N i e n a l e ż a ł o !?
Nie zgadzam się, z dzisiejszej perspektywy! – ani z oskarżaniem Mackiewicza za przekroczenie zakazu druku w gadzinówce (formalizm akowskiego legalizmu!), ani że analiza treści nie jest tu ważna (ten argument jest niestety bezkrytycznie powtarzany przez recenzentów Boleckiego). Przecież teksty Mackiewicza, opisujące sowiecką okupację, godziły w nowego sojusznika, Polski i Anglii! Jednocześnie jestem pewny, że urabianie opinii antykomunistycznej było tą „wyższą koniecznością”, która zadecydowała o druku w jedynym organie docierającym do szerszej publiczności! A już absolutnie nie mogę się zgodzić z Boleckim, że „treść nie jest ważna”, gdy chodzi o polityczny, aktualny wtedy artykuł Mackiewicza: „TO DOPIERO BYŁABY KLĘSKA…”. Bolecki nazywa miękko ten tekst „komentarzem politycznym do porozumienia angielsko-sowieckiego” (s. 196), jednocześnie stwierdzając, że ten komentarz „pokrywał się w całości z polityczną [czyli niemiecką!] linią redakcji”. (s. 198)
Nieprzekonująca analiza! Bolecki boi się zasadzki, boi się podejść do tekstu Mackiewicza bliżej. Ja wtedy jako młody chłopak czytywałem gadzinowy „Goniec Krakowski”, ale także „Krakauer Zeitung”, a na odtrutkę były „Biuletyny Informacyjne” AK. Oczywiście, to było w Krakowie, nie w Wilnie, nie znaliśmy okupacji sowieckiej. Jednak wymowa tekstu Mackiewicza, dla środowiska np. akowskiego mojego Ojca, byłaby zupełnie nie do przyjęcia. Uznano by to w Krakowie za prohitlerowskie, podobnie jak w Wilnie. Brak było strategicznej wręcz dalekowzroczności Mackiewicza. Wtedy naszą pierwszą reakcją na atak niemiecki na Rosję była nadzieja, że Hitler połamie sobie tam zęby. Mackiewicz jednak pisze już w sytuacji, gdy można się było spodziewać, że Niemcy dojdą do Uralu. I co wtedy? Jak wcześniej, pozostawałby tylko nasz jedyny sojusznik: Anglia. Więc nie można tak po prostu obejść tego szokującego zdania Mackiewicza:
zwycięstwo koalicji anglo-sowieckiej byłoby dla Polaków największą klęską, jaka nie tylko ich w tej wojnie spotkać [by] mogła, ale klęską przewyższającą wszystkie dotychczasowe na przestrzeni dziejów [...] los narodu polskiego przypieczętowany może na wiek.
Klęska Anglii i Sowietów? Tu na pewno otwierała się rozpaczliwa próżnia. Trzeba dzisiejszej wyobraźni, aby zrozumieć, że Mackiewicz nie stawiał tu ani na globalnego zwycięstwa hitleryzmu, ani na klęskę Anglii, lecz tylko przewidywał konsekwencje zwycięstwa Sowietów sprzymierzonych z Anglią! Ponieważ było to także złe wyjście, uświadamiał, że trzeba się do tego przygotować! Realista, jego przewidywania się sprawdziły. Ale wtedy, w roku 1941, ten tekst wydawał się po prostu prohitlerowski, była zresztą mowa, jak u Goebbelsa, o „świętej misji” Niemiec! Kogo stać było na głębszą analizę tekstu, wraz tą nadzieją – że najpierw padnie Rosja sowiecka, jeden z członów koalicji angielsko sowieckiej, a potem – Anglia zwycięży Niemcy (ale już bez Sowietów)?! Ale to był tylko domyślny sens, ukryty podtekst. Ludziom mniej bystrym – Mackiewicz mógł się jawić się jako propagandysta niemiecki, godzący w polskie sojusze. Trzeba też pamiętać o świętym formalizmie, na który chorowała polska myśl podziemna w kraju, a zwłaszcza w Wilnie, gdzie „łatwo pociągało się za spust”. Ofiarą stał się antykomunista Czesław Ancerewicz, wyrok niepotrzebny, gdy oszczędzano redaktorów gadzinówek w Gubernatorstwie. W nekrologu pisano o Ancerewicz jako o „wiernym synu ojczyzny”, a pogrzeb zgromadził tłumy, raczej przekonane, że zabili go bolszewicy lub Litwini... Nic o tym u Boleckiego. Ofiarą z drugiej strony stał się Teodor Bujnicki, dobry poeta i chyba tylko idealista prokomunistyczny, A nie Jędrychowski… Takich wątpliwych decyzji było podczas okupacji na pewno więcej.
Jak sądzę, Mackiewicz podejmował swoją decyzję publikowania w „Gońcu Codziennym”, w 1941 roku, jako sprawę wyższej moralnej i narodowej konieczności, za mało zdając sobie może sprawę z osobistego ryzyka. W obliczu tych faktów gesty Mackiewicza nie wydają się słabością, lecz przeciwnie, siłą jego charakteru w podejmowaniu decyzji, z których nie miał żadnych korzyści osobistych, lecz podejmował je tylko w interesie publicznym. Za co – heroiczny ryzykant – mógł rzeczywiście zapłacić życiem. Sądzę, że szybko zdał sobie z tego sprawę, przestał publikować w „Gońcu Codziennym”. Ale znów, służąc Polsce, przyjął zaproszenie niemieckie, zdecydował się pojechać do Katynia, choć tu bardziej się zabezpieczył. I dlatego potem konsekwentnie nie przyznawał się do tej pierwszej serii artykułów w „Gońcu Codziennym”. Za co Bolecki go potępia. Choć niby przytacza opinie (w przypisie 360, na stronie 202), że musiał to przemilczać. Ale sprzecznie z tym, w głównym tekście czytamy:
nie przyznał się otwarcie do publikacji tych tekstów. A nawet ich istnieniu zaprzeczał. W moich oczach to go najbardziej obciąża.
Więc znów – nie same teksty dzisiaj są ważne, ale późniejsza gra wobec atakujących? Strasznie naiwne. Że niby postąpił niehonorowo!? Nawet po wojnie, przyznanie się na emigracji do tej współpracy przekreślałoby misję, którą Mackiewicz uznawał za świętą. Nie dano by mu ani żyć, ani publikować. Tego Bolecki zupełnie nie rozumie, choć trzeba przyznać, że dostrzega mimo wszystko jakieś światełko w tej swojej szarpaninie:
Nie można już dłużej uprawiać historii lat 1939-1945, posługując się pojęciami, normami czy racjami politycznymi wytworzonymi w czasie okupacji… (s. 599)
Cóż, święte słowa… Bolecki zdał sobie jednak sprawę, że zarys poglądów Mackiewicza, zgromadzony na użytek książki, uruchamia nowe spojrzenie i na dzieje wojny, i okupacji, i ukazuje głębokie usztywnienie myślenia walczącej z Mackiewiczem emigracji po-akowskiej. Nie potrafili na nowo zobaczyć tej historii, w której sami byli podmiotem. Bolecki pisze, że potrzebna jest nowe oświetlenie historii okupacji, nie jako dalsze prowadzenie wojny. Szukając po omacku wyjaśnienia Mackiewicza, książka Boleckiego przyczynia się jednak do rewizji naszego stosunku do historii Polski w XX wieku, rozumienia komunizmu, hitleryzmu, problemu kolaboracji.
Kto wie, może to i dobrze dla czytelnika, że książka Boleckiego jest dosłownie przygnieciona cytatami z Mackiewicza. Choć narusza to czytelność i proporcje. Jednak jaśniej widać, że historia wojny i dwu okupacji w Polsce, oraz historia polskiej emigracji po wojnie – musi być na nowo napisana (głęboko rozumie to prof. Paweł Wieczorkiewicz w swojej książce „Polska 1935-1945”, ale to dopiero początek). Tej właśnie krytyki rządu emigracyjnego i podziemnego, i poczynań AK – nie mogli przyjąć oponenci Mackiewicza.
Ale jeśli tak, to czemu Bolecki po prostu nie stwierdzi, że teksty z „Gońca Codziennego” budzą dziś inne myśli, jako wynik wyższej konieczności historycznej? By nie zajmować setek stron wręcz detektywistycznymi szczegółami, podobnych sobie przecież, tamtych polemik. Oczywiście, że wspomniany artykuł Mackiewicza w pamięci osób, które go przeczytały – był fundamentalnym dowodem na kolaborację Mackiewicza z Niemcami. Bolecki tylko przedrukowuje ten tekst, tak w pierwszym jak i drugim wydaniu swojej książki, ale unika komentowania tego właśnie, domniemanego oczywiście, „jądra kolaboracji”, jakie można by przypisać Mackiewiczowi.
Bolecki, który zresztą cytuje mnie w swojej książce, pomija jednak, publikowane wcześniej rozdziały o Mackiewiczu, w moim tomie: „Ocalenie tragizmu” (Lublin 1993), a także obszerny esej „O Mackiewiczu”, w książce: „Spojrzeć na Eurydykę” (Kraków 2000). Właśnie tam we fragmencie „Rozpaczliwa próżnia” zanalizowałem szczegółowo ten wstrząsający i tragiczny tekst Mackiewicza, przewidujący ostateczną klęskę Polski, co się sprawdziło. Pisałem tam o najbardziej spornym tekście Mackiewicza:
Po prostu: był w obliczu dwu potęg zła – Polska podziemna praktycznie swe nadzieje wiązała z Rosję, on – chwilowo – z Niemcami. Nie wierzył w wymiganie się Polski od komunizmu w wypadku jego zwycięstwa w Europie aż po Niemcy.
Bolecki ma za złe Mackiewiczowi druk w „Gońcu Codziennym” , ale szuka wciąż okoliczności łagodzących. Podkreśla więc, że współpraca z prasą okupacyjną „była zjawiskiem o dużej skali”. (s. 198) I przerzuca ciężar na artykuły drukowane przez polskich pisarze w strefie okupacji sowieckiej. Bolecki zdaje się stawiać pewien znak równości między tymi zachowaniami. Wydaje mi się to błędne. Wspominając kolaborację lwowską nie bierze pod uwagę napisanej na ten temat mojej obszernej książki: „Kolaboranci. Tadeusz Boy-Żeleński i grupa komunistycznych pisarzy we Lwowie 1939-1941”, Warszawa 1998.
To, co pisał Mackiewicz o wojnie i polityce w „Gońcu Codziennym” w 1941 roku, posiada swój nie-kolaboracyjny sens, jeśli odczytujemy to dzisiaj. Nie da się jednak tego powiedzieć o tekstach polskich pisarzy drukowanych w latach 1939-1941 we lwowskim „Czerwonym Sztandarze”. Myślę, że Mackiewicz widział tu podstawową różnicę, gdy decydował się na uświadamianie społeczeństwa na łamach „Gońca Codziennego”. Czy wyrzucał to później sobie, czy tylko myślał, że był ryzykantem? Daje pod tym względem do myślenia reakcja pisarza, gdy w czasie okupacji sowieckiej spostrzegł w wileńskim kiosku – lwowskie „Nowe Widnokręgi”, z artykułem Boya (J. Mackiewicz: „ Nowe Widnokręgi” . „Lwów i Wilno” 1948, nr 98; 26 grudnia):
Boy. Patrzę i ja. [...] Ale nazwisko tego członka Akademii Polskiej, w takim czasie. w takim miejscu, w komisariacie, na którejś tam stronicy, pod refleks sunącego za oknem śniegu. Dziwne uczucie, nieuchwytne uczucie. Tak już? Tak zaraz?
Pojawiającymi się w książce Boleckiego nowymi dokumentami z archiwum paryskiej „Kultury” są listy Lucjana Krawca do Jerzego Giedroycia, oskarżające Józefa Mackiewicza o kolaborację. Czy nie należało jednak raczej przesunąć na margines tych listów – wobec dokumentów, odnalezionych w Wilnie przez Sławomira Andruszkiewicza i opublikowanych następnie w dwugłosie: Sławomir Andruszkiewicz i Jacek Trznadel, w krakowskich „Arcanach”, 2000, nr 2. Ukazują one co najmniej dużą życzliwość dla Krawca ze strony cieszącego się poparciem okupantów sowieckich na Wileńszczyźnie – Stefana Jędrychowskiego, komunisty i aparatczyka, kolaboranta, zresztą przedwojennego kolegi Czesława Miłosza w Klubie Włóczęgów. Ten członek Rady Najwyższej ZSSR skierował do władz sowieckich prośbę (Pokazanije), której oryginał zachował się. Apeluje tam do władz NKWD o uwolnienie Krawca z więzienia, gdyż może okazać się jeszcze „pożytecznym pracownikiem sowieckim” dla dobra „socjalistycznej ojczyzny”. Bolecki to cytuje. Krawiec istotnie został uwolniony. Nie wiemy, czy rola „pracownika sowieckiego” pozostała tu w sferze intencji Jędrychowskiego, czy może określała później zachowania Lucjana Krawca? Dopuszczalne podejrzenie!...
Kazimierz Zamorski, zresztą były szef „dwójki” u Andersa, gdy zapoznał się z dokumentami, odkrytymi przez Andruszkiewicza, pisząc do mnie na dwa miesiące przed śmiercią, wybrał opcję, podważającą zaufanie do Krawca:
Rewelacja! Chodzi o dokumentację artykułu Andruszkiewicza. Ale kto dziś, po tylu latach, postawi pytanie, dlaczego tak wierzono agentowi bolszewickiemu Krawcowi (Korboński i spiritus movens całej kampanii przeciw Mackiewiczowi: Jan Nowak)!? Ten ostatni jest jak niegdyś Ronald Reagan teflon coated. Zdążył zgnoić polskie życie intelektualne, nie tylko na emigracji, ale i w kraju. (Monachium, list z 11 paźdz. 2000)
Inną osobą, na którą powołuje się Bolecki w swej książce jest Jerzy Urbankiewicz. Był ostatnim dowódcą wileńskiego Kedywu od połowy 1943 roku. Urbankiewicz jeszcze pod koniec życia był przekonany o tym, że wyrok śmierci na Józefa Mackiewicza nie został cofnięty (tyle, że jak pisze: „Mackiewicz się ukrył!”) . Cytując jego list do redakcji warszawskich dzienników, Bolecki przepuszcza fatalny błąd maszynopisu czy korekty (w przypisie, s. 452), przypisując ten list J. Dobrzańskiemu.
Przepisując z „Gońca Codziennego” tekst Mackiewicza „To dopiero byłaby klęska”, Bolecki, w roli krytycznego wydawcy, myli się dwa razy, tworząc nieistniejący w Paryżu „point d’Alexandre III”, zamiast oczywiście most: ” Pont d’Alexandre III”, po którym mieli iść bolszewiccy zdobywcy. (s. 210) Tak zresztą w obu wydaniach książki. Nie mam pod ręką oryginału, by stwierdzić, gdzie początek błędu. I jeszcze jedna podobna uwaga. Jeśli już cytuje się swego autora, należy bezwzględnie sygnalizować przypisem oczywiste, duże jego pomyłki. Cytując tekst Mackiewicza (ze „Sprawy pułkownika Miasojedowa”) opisujący operację „Clarion”, czyli nalot aliancki na Drezno, 13/14 lutego 1945 r. – nie zwraca Bolecki uwagi, że liczba ofiar podana przez Mackiewicza (350-400 tysięcy) nie wytrzymała próby czasu. Ustosunkowywał się do tej liczby już David Irving w swej książce „Zagłada Drezna” i był krytykowany za liczbę przekraczającą 100 tysięcy. Jak się zdaje, w toku polemik ustalono liczbę trochę mniejszą od 50 tysięcy.
Ściśle literacką twórczość Mackiewicza omawia Bolecki jakby tylko na dodatek, i przedstawia ją pod presją poruszanych politvcznych i historycznych tematów, a mniej jak literaturę piękną. Ta ograniczona prezentacja zajmuje ledwie jedną dziesiątą liczącej przeszło dziewięćset stron ksiązki. Omówienie książek Mackiewicza na końcu, to raczej ich streszczenie.
Na koniec jeszcze wrócę na chwilę do wychwalanej przez Boleckiego postawy Niny Karsov-Szechter. Bolecki zdaje się nie pamiętać o drukowanej przez „Kontrę”, zaledwie trzy lata po śmierci pisarza, książce Icchaka Rubina: „Żydzi w Łodzi pod okupacją niemiecką 1939-1945”, Kontra, 1988. Książka jest poprzedzona „Listem autora do wydawcy” (Icchaka Rubina do Niny Karsov). Odkrył ten zapis Grzegorz Eberhardt, a ja zwróciłem nań uwagę na sesji w Rapperswilu, we wrześniu 2006 roku. Tak na przykład komentuje Rubin słowa Mackiewicza o potrzebie przemocy wobec komunizmu:
Wystarczy w tej tyradzie zastąpić słowo ‘komunizm’ słowem ‘Żydzi’ i będziemy mieli antysemicki bełkot Hitlera, ale i bez tego jest to niemal identyczne z ideami i leksykonem Führera.
Do tej paranoicznej deklaracji przyłączyła się oczywiście wierna małżonka autora, nawet go wyprzedziła w czasie.
Jak widać, Rubin nie tylko oskarża Mackiewicza i Toporską o straszliwy antysemityzm, ale także o ich antykomunizm, zaś opcja wojny z komunizmem zaszkodziłaby – Żydom. Tej książki Rubina ani Józef Mackiewicz, ani – przekazująca prawa do jego twórczości Ninie Karsov – Barbara Toporska – zobaczyć już nie mogli. Zauważmy, że „List autora do wydawcy” nie stanowi integralnej części ksiązki i mógł być usunięty. Dlaczego w trzy lata po śmierci Mackiewicz i Toporskiej Karsov decyduje się opublikować w „Kontrze” paszkwil na nich z tak haniebnym oskarżeniem o antysemityzm? Może Bolecki to wyjaśni?
To dobrze, że książka Boleckiego wymusza wręcz prowadzoną tu dyskusję. To jej zaleta pomimo niektórych błędnych tez i przemilczeń. Choć wobec ukazanych wyżej sprzeczności, tom Boleckiego wydaje mi się raczej ruiną kolosalnego projektu.
Jacek Trznadel